Wiza uzyskana, paszporty wyrobione, pozostaje tylko pytanie: „Jak dostaniemy się do Australii?”. Ze względu na to, że kontynent to dość odległy, a żyjemy w XXI wieku, to odpowiedź jest dość oczywista – samolotem.

Lot do Australii jednak do najprostszych nie należy. Nawet w najbardziej optymistycznym wariancie podróż zajmuje przynajmniej 23 godziny, a zdarzają się także połączenia ponad 30-godzinne. Wszystko zależy od linii lotniczych, ilości przesiadek, a przede wszystkim od ceny biletów. Dla kogoś kto, tak jak my, latał tylko w obrębie Europy i to tanimi liniami lotniczymi (czyt. ryanair), było to nie lada przeżycie.

Jak zatem znaleźć ten najlepszy lot (czyt. najtańszy i najszybszy)? Po pierwsze, szukać z dużym wyprzedzeniem. Po drugie, czatować na promocje i po trzecie, ważna jest pora roku. Taniej jest, kiedy w Polsce mamy wiosnę lub lato, czyli jesień i zimę. My swoje bilety kupiliśmy około 3 miesięcy przed wylotem. Skorzystaliśmy z oferty linii lotniczych Qatar Airways. Z Polski latają również Singapore Airways, Etihad Airwyas, Emirates i kilka innych.

Przechodząc do samego lotu, bardzo ważny okazuje się wybór miejsca na pokładzie. Podczas tak długiej podróży, nie ma co nastawiać się na widoki za oknem, większość czasu i tak znajdujemy się ponad chmurami. Kluczowe jest zajęcie miejsca przy ścieżce, aby nie przeciskać się obok śpiących ludzi w drodze do toalety. Z własnego doświadczenia polecam też nie wybierać miejsc na początku oraz końcu samolotu. W przypadku małej jednostki nie ma to znaczenia, ale gdy w grę wchodzi 13 i półgodzinny lot Boeingiem nad oceanem, turbulencje dają o sobie znać.

widok z okna samolotu gdzieś nad Azją Mniejszą
Kolejnym ważne pytaniem: „Co robić podczas tak długiego lotu?”. To co ja polecam najbardziej, to spanie. Warto połączyć to z kubeczkiem wina zaraz po wejściu na pokład. Można też nadrobić zaległości filmowe, pograć w gry, czy posłuchać muzyki, co zapewnia nam tablet umieszczony na oparciu każdego fotela. Inną opcją jest rozmowa z współpasażerami. Nam udało się spotkać w samolocie lecącym do Doha polskich Himalaistów. Od jednego z nich dowiedzieliśmy się, że mają zamiar zdobyć K2 oraz, że kiedyś pracował w Sydney, myjąc szyby wieżowców. Jak widać zawsze ciągnęło go do wysokości. Polecam artykuł o letniej wyprawie Polaków.

Podsumowując, lot do Australii to nie bułka z masłem, ale na pewno ciekawe przeżycie. Dla Michała największym zaskoczeniem okazał się „darmowy” (czyt. w cenie biletu) alkohol. Dla mnie choroba lokomocyjna w przestworzach.