Życie do góry nogami

Krótkie historie dwójki ryzykantów

W krainie Hobbita – Od pustyni po tropiki (dzień drugi)

Pierwszy dzień wymagał niemało wysiłku. Opóźniony nocny lot przesunął nasz start ostatecznie o niecałe dwie godziny, a zaplanowane blisko 500km drogi trzeba było wykonać przed zmrokiem. Wszystko dlatego, że punkty na naszej mapie (pomijając las Waipoua) znajdowały się na samej północy wyspy. Poniekąd tłumaczy to nie aż tak obszerną relację początku naszej nowozelandzkiej podróży. Kilometry mijały szybko, mogliśmy chłonąć krajobrazy podróżując po przepięknej trasie turystycznej Twin Coast, ale na dłuższy przystanek nie starczyłoby czasu.

To drugiego dnia tak naprawdę wszystko się zaczęło.

Nowa Zelandia - Christmas TreeWstaliśmy przed 6:00, wspomagani odrobinę przez przesunięcie czasowe oraz działającą jeszcze po długiej podróży adrenalinę. O 6:14 byliśmy już w trasie do miejsca, które sobie wymarzyłem na długo przed samą wycieczką (Kasia coś tam marudziła, że mało czasu, jak ty chcesz to wszystko zobaczyć, nie zdążymy”).

Nowa Zelandia - Giant Te PakiNowa Zelandia - Giant Te Paki

Należy w tym miejscu zaznaczyć, iż bardzo lubię fantastykę, w szczególności naukową, a wszystkie powieści z Uniwersum Diuny Franka Herberta (oraz jego syna Briana) pochłonąłem jednym tchem. Można więc sobie wyobrazić błysk w moim oku, kiedy po przekroczeniu płytkiej rzeczki i wspięciu się na pierwszą wydmę znaleźliśmy się…

Nowa Zelandia - Giant Te PakiNowa Zelandia - Giant Te Paki

…w trochę innym świecie.

Giant Te Paki, czyli piaskowe wydmy, są zlokalizowane na samym końcu 90-milowej plaży (bo gdzieś cały ten pył z tak odsłoniętego wybrzeża musiał osiąść). I choć w praktyce to tylko wydmy na sporym, ale nie tak dużym obszarze, to będąc już na miejscu, ani na chwilę nie opuściło nas poczucie bycia na naprawdę wielkiej, pięknej i bezludnej pustyni (sprzyjała temu z całą pewnością dość wczesna pora).

Nowa Zelandia - Giant Te Paki

Trudno opisać to niesamowite wrażenie, kiedy w pewnym miejscu za plecami ma się horyzont lasów deszczowych, samemu stoi się pośrodku pustkowia omiatanego smugami piasku, a z przodu wyłania się malowniczy, ale nie taki Spokojny Ocean.

Nowa Zelandia - Giant Te PakiNowa Zelandia - Giant Te PakiNowa Zelandia - Giant Te Paki

Droga powrotna do samochodu okazała się równie ciekawa. Kasia, przy krawędzi jednej z wydm, w pełni uświadomiła sobie, jak wysoko i stromo podeszliśmy pod górę. Niemało musiałem się natłumaczyć, że wcale tak źle nie jest, a ewentualne sturlanie się z piasku nie zawsze kończy się skręceniem karku. Nie wiedzieć czemu, nie dodało jej to otuchy.

Nowa Zelandia - Giant Te Paki

Był to pierwszy raz, kiedy Nowa Zelandia prawdziwie oczarowała nas swoją niezwykłą różnorodnością. A jak się później okazało, ciągłe zaskoczenie towarzyszyło nam aż do końca podróży.

Nowa Zelandia - Giant Te Paki

Smutno tylko, że nie widzieliśmy żadnego Czerwia.

Nowa Zelandia - Giant Te PakiNowa Zelandia - Giant Te Paki

Gdy schodziliśmy z wydm, wydawało nam się, iż upłynęło bardzo dużo czasu. Tak naprawdę jednak już o 9:20 byliśmy w drodze do kolejnego miejsca na trasie, przylądku Reinga. Ten prawie najdalej wysunięty na północ punkt Nowej Zelandii (dalej są tylko trudno dostępne zwykłym autem klify Surville), miał być ostoją dla „grającego tunelu” i malowniczej latarni.

Nowa Zelandia - Cape Reinga

Oczywiście na miejscu nie spotkał nas zawód. No, z wyjątkiem jednego – zobaczyliśmy w oddali plażę, na której w pierwotnych planach mieliśmy spędzić nocleg dnia pierwszego. Stokroć ładniejszą niż losowo wybrany przez nas kemping po drodze. Sama latarnia również bardzo ucieszyła nas swym widokiem, a i pozwoliła przez chwilę uświadomić sobie, jak daleko znaleźliśmy się od domu.

Nowa Zelandia - Cape ReingaNowa Zelandia - Cape ReingaNowa Zelandia - Cape Reinga

Na ten dzień zaplanowaliśmy jeszcze całkiem sporo punktów, więc po tym krótkim przystanku jak najszybciej wyruszyliśmy w trasę.

Nowa Zelandia - Cape Reinga

Wracając z północnego krańca wyspy zboczyliśmy trochę z drogi, aby zobaczyć wjazd na wspomnianą już wcześniej 90-milową plażę. W kontrakcie naszej wypożyczalni wytłuszczonym drukiem wspomniano o całkowitym zakazie poruszania się po tym terenie, więc nie przyszło nam przez głowę, aby na nią wjechać.

Nowa Zelandia - 90 mile beach

Lokalne władze zresztą równie skutecznie uświadamiają ludzi, iż bez odpowiedniego przygotowania lepiej zawrócić.

Nowa Zelandia - 90 mile beach

I znowu w samochodzie, znowu z nieodpartą pokusą zatrzymania się za każdym rogiem w celu podziwiania nowego miejsca. Naszą podróż do północno-wschodniego wybrzeża wytyczyliśmy tak, aby zahaczyła o bardzo ciekawie wyglądający na mapie port Whangaroa. Był tylko mały szkopuł, przyległe do portu tereny są w głównej mierze płaskie, a w takiej sytuacji ciężko cokolwiek ciekawego zobaczyć.

Nowa Zelandia - Port Whangaroa

Skuteczny wywiad Kasi jeszcze przed podróżą pozwolił na znalezienie rozwiązania: rezerwat St Pauls wraz ze wzgórzem St Pauls w nim umiejscowionym. Absolutny strzał w dziesiątkę i miejsce naprawdę godne polecenia. Zresztą, zdjęcia lepiej je przedstawią.

Nowa Zelandia - Rezerwat St PaulsNowa Zelandia - Port WhangaroaNowa Zelandia - Port WhangaroaNowa Zelandia - Port Whangaroa

Pół godziny po zejściu z wierzchołka wzgórza znaleźliśmy się nad zatoką Maturi, miejscu historycznym.

Nowa Zelandia - Rainbow Memorial

Tęczowy Wojownik” (ang. „Rainbow Warrior”) był głównym statkiem floty Greenpeace. W latach w latach 1978-1985 odbył on bardzo wiele misji. Podczas ostatniej z nich załoga okrętu ewakuowała ludzi z wyspy Rongelap (licznik Geigera wskazywał tam na duże napromieniowanie spowodowane opadem pyłu radioaktywnego po wybuchu amerykańskiej bomby termojądrowej Castle Bravo w 1954 roku). Kolejnym zadaniem Tęczowych Wojowników było przeszkodzenie Francuzom w przeprowadzaniu testów nuklearnych na atolu Mururoa. Nadepnęli jednak tym samym na odcisk rządowi Francji, w konsekwencji czego grupa agentów francuskich służb specjalnych podłożyła dwa wielkie ładunki wybuchowe i zatopiła okręt. Wybuch doprowadził do śmierci fotografa Fernando Pereiry.

Nowa Zelandia - Rainbow Memorial

Po wielu sporach pomiędzy Francją a Nową Zelandią oraz przyznaniu się tej pierwszej do winy, ostatecznie doszło do rozejmu. Również Greenpeace za wywalczone 8 milionów odszkodowania kupił i wyposażył nowego Tęczowego Wojownika”.

Nowa Zelandia - Rainbow Memorial
Ku pamięci tej historii postawiono piękny pomnik z widokiem, który wręcz zapiera dech w piersiach. Ciężko oddać na fotografiach prawdziwe kolory tamtego pejzażu (rozpiętość tonalna oka jest znacznie większa niż matrycy, innymi słowy – było bardziej kolorowo:) ).

Nowa Zelandia - Rainbow Memorialnew_zealand_day_two-49
Następne odwiedzone przez nas miejsce również miało tęczę w nazwie. Wyspa północna posiada pewne ukryte skarby, o których nie wolno zapomnieć przy planowaniu podróży, a są nimi wodospady. Rainbow Falls był pierwszym, który udało nam się zobaczyć i uwiecznić na fotografiach (a w ciągu kolejnych dni widzieliśmy ich jeszcze tak wiele!).

Nowa Zelandia - Rainbow MemorialNowa Zelandia - Rainbow Falls

Dzień powoli zbliżał się ku końcowi, a my pędziliśmy do miejscowości Matapouri, gdzie leżała ostatnia atrakcja drugiego dnia i jednocześnie parking, na którym mieliśmy przenocować.

Jak się okazało, podczas naszej 9-dniowej podróży dokładnie trzy atrakcje zależały od wody, to jest jej przypływów i odpływów. I tylko tych trzech rzeczy, z całej naszej obszernej listy atrakcji, nie udało nam się w pełni zrealizować. Mermaid Pools, czyli niewielkie baseny w skałach na wzgórzu, były jedną z nich.

Nowa Zelandia - Matapouri

Problem polegał na tym, iż na plaży prowadzącej do tego (podobno) magicznego miejsca, znaleźliśmy się około godziny 19:20. Co prawda do kompletnego mroku zostało jeszcze ponad 1,5 godziny, ale napotkana grupka turystów wracających z tamtego miejsca skutecznie odwiodła nas od realizacji pomysłu. Droga pod wzgórze jest, według relacji, bardzo stroma i niebezpieczna. Przy zachodzącym słońcu na wschodnim wybrzeżu mało widać, a i same baseny są już w cieniu (co w grudniu równało się temu, iż były zimne). No i najważniejszy mankament – przypływ. Standardowo byłem obwarowany jak wół gratami fotograficznymi, a podczas przypływu dostać się do początku ścieżki na wierzchołek znaczy tyle, co zanurzyć się prawie po głowę (a w przypadku Kasi to i więcej). Koniec plaży i ścieżkę odcina niewielka zatoczka, która prędko napełnia się wodą.

Nowa Zelandia - Matapouri
Pozostało nam zatem przygotować lekki posiłek o zachodzie słońca nad malowniczą zatoką, a na koniec zapaść w sen w rytm szumu fal. Bardzo, bardzo twardy sen.

Nowa Zelandia - Kiwi

Na koniec jeszcze mapka ilustrująca naszą podróż dnia drugiego, być może komuś się przyda. 🙂

Wcześniej

W krainie Hobbita – Dzień pierwszy

Później

W krainie Hobbita – Na wodzie i pod ziemią

2 Comments

  1. Jestem oczarowana zarówno opisem, jak i przepięknymi zdjęciami.

    Pozdrawiam cieplutko ze śnieżnego, białego pomorza 😀

    • Dziękujemy za miłe słowa! 🙂
      Zdjęć jest jeszcze całe mnóstwo (dość powiedzieć, że z każdym dniem znajdowaliśmy się w coraz to bardziej malowniczych miejscach), tylko czasu mało. Stopniowo jednak podzielimy się najładniejszymi widokami z naszych podróży.

Dodaj komentarz