Życie do góry nogami

Krótkie historie dwójki ryzykantów

christmas tree

W krainie Hobbita – Na wodzie i pod ziemią

Bilety lotnicze do Nowej Zelandii kupiliśmy z dużym wyprzedzeniem, miałam więc mnóstwo czasu na jedno z moich ulubionych zajęć przed podróżą, czyli szczegółowe przygotowanie planu wycieczki. Tym razem zadanie to okazało się dość trudne, ze względu na ograniczony czas wyprawy. Niestety, w ciągu 9 dni nie sposób zobaczyć wszystkich cudów wyspy północnej, więc chcąc nie chcąc musiałam być bardzo restrykcyjna w swoich planach i z bólem serca skreślić kilka punktów z mapy. Kiedy jednak podczas przeszukiwania stron internetowych natrafiłam na TĘ atrakcję, wiedziałam, że za żadne skarby świata jej sobie nie odpuszczę. W ten oto sposób prawie cały trzeci dzień naszej wyprawy spędziliśmy na rejsie po zatoce wysp (ang. Bay of Islands). Pewnie zastanawiacie się teraz, co aż tak niesamowitego może być w podróży statkiem po zatoce. Mogłabym odpowiedzieć, że bajeczne widoki i ciekawy rys historyczny okolicy przedstawiony przez załogę, ale tak naprawdę kluczowym punktem programu była możliwość zobaczenia, a przy drobinie szczęścia także popływania z jednymi z najinteligentniejszych stworzeń na ziemi – delfinami.

Większość rejsów po Bay of Islands wyrusza z małej, turystycznej miejscowości Paihia, w której liczba biur podróży dorównuje prawie liczbie mieszkańców. Można więc wybierać i przebierać w ofertach wycieczek. Mnie najbardziej zależało na bliskim spotkaniu z delfinami, Michał optował za jak największą liczbą widoczków. Wspólnie zadecydowaliśmy, że nadszarpniemy trochę nasz budżet i wybraliśmy ofertę spełniającą wszystkie nasze wymagania.


Bay Of Islands

W 1927 roku Albert Ernest Fuller stworzył szlak dostarczania przesyłek mieszkańcom Bay of Islands, znany jako The Cream Trip. Rejs, w który się udaliśmy, przejął historyczną nazwę i podążając tą samą trasą, wciąż dostarcza pocztę rezydentom wysp.

Pierwszym punktem wycieczki była miejscowość Russell, niegdyś pierwsza europejska osada i port w Nowej Zelandii, a przez krótki okres czasu także pierwsza nieformalna stolica kolonii brytyjskiej. Na początku XIX wieku była jednym z głównych ośrodków handlu, szybko jednak zyskała zła sławę, jako jako ośrodek bezprawia i prostytucji, w związku z czym nazywano ją powszechnie „Piekielną dziurą Pacyfiku”. Zabawnie wypada to w porównaniu z tubylczą nazwą miejscowości – „Kororāreka”, która znaczy dosłownie Jak słodki jest pingwin. Dzisiaj Russell to skupisko kawiarenek, sklepików z pamiątkami i niewielkich hoteli typu B&B. Zaledwie 800-osobowa społeczność ginie w morzu tysięcy turystów z całego świata przybywających tu o każdej porze roku.


Bay Of Islands
Bay Of Islands

Zaraz po wypłynięciu z Russell złapał na deszcz, załoga postanowiła wykorzystać ten czas na zapoznanie nas z zasadami obowiązującymi podczas pływania z delfinami. Przede wszystkim zostaliśmy poinformowani, że nie ma 100% pewności, że uda nam się spotkać te niesamowite ssaki, a nawet jeśli wypatrzymy jakieś stadko to możliwość wspólnej kąpieli zależy od wielu czynników. Mieszkańcom Bay of Islands zależy na tym, żeby delfiny nie czuły się zagrożone i nie postanowiły zmienić miejsca zamieszkania (w końcu z tego większość z nich żyje). Istnieje szereg przepisów, które zarówno załoga jak i turyści muszą przestrzegać podczas rejsu. Maksymalny czas przebywania statku w pobliżu stada to 30 minut. Dodatkowo niedozwolone jest pływanie z grupą delfinów wśród których przebywają młode osobniki oraz gdy ssaki nie mają ochoty na zabawę lub akurat odpoczywają. Zostaliśmy też ostrzeżeni, że zwierzęta te w niczym nie przypominają tych uległych, wytresowanych ssaków spotykanych w delfinariach, i pomimo tego, że lubią towarzystwo i zabawę z ludźmi nie będą spokojnie czekać, aż do nich podpłyniemy. Trzeba być świetnym pływakiem z dobrą kondycją, aby dorównać im w wodzie. Załodze statku zależało też na bezpieczeństwie uczestników, więc każdy z nas musiał podpisać zobowiązanie, że umie dobrze pływać i nie ma żadnych przeciwwskazań zdrowotnych. Oboje z Michałem trochę nakłamaliśmy w kwestii doświadczenia w pływaniu na otwartych wodach oceanu, bo miał to być nasz pierwszy raz. Muszę także przyznać, że po tych wszystkich ostrzeżeniach zaczęliśmy mieć spore wątpliwości co do naszych umiejętności pływackich.

Bay Of Islands

W międzyczasie pogoda się poprawiła i wyszliśmy na pokład akurat w momencie, gdy mijaliśmy bardzo nietypowe formacje skalne nazywane Czarnymi Skałami (ang. the Black Rock). Jest to grupa wysepek położonych u północnych i wschodnich wybrzeży wyspy Moturoa, stanowiąca bardzo charakterystyczny element krajobrazu Bay of Island. Powstały one około 1,2 milionów lat temu w wyniku erupcji wulkanicznej i są zbudowane z zastygniętej lawy. Ich charakterystyczny i bardzo rzadko występujący kształt sprawia, że stanowią wyjątkową wartość przyrodniczą. Są też miejscem lęgowym wielu gatunków ptaków, a podwodne jaskinie powstałe pod skałami zamieszkują raki, jeżowce, małże oraz inne morskie stworzenia.


Bay Of Islands
Bay Of IslandsBay Of Islands

Chwilę później nastąpił ten najbardziej wyczekiwany przez nas moment. Pani kapitan poinformowała nas, że zbliżamy się do niewielkiego stadka delfinów. Niestety ze względu na obecność młodych, nie było nam dane wskoczyć do wody. Mimo to spotkanie z tymi niezwykłymi zwierzętami należy do najbardziej niezapomnianych momentów w życiu. Trudno opisać uczucia jakie temu towarzyszą. Wszyscy uczestnicy rejsu wpatrywali się oczarowani w gładkie ciała ukazujące się raz po raz nad powierzchnią wody. Nikt nie śmiał nawet podnieść głosu. Ciężko określić co jest tak magicznego w tych stworzeniach, że spotkanie z nimi wywołuje takie emocje. Może to ten błysk inteligencji w ich oczach, a może gracja z jaką poruszają się w wodzie.

Bay Of IslandsBay Of IslandsBay Of Islands

Mimo, że stadko, wydawało się być akurat w czasie odpoczynku, to kilka ciekawskich osobników podpłynęło do statku, więc mogliśmy je podziwiać z bliska. Przy okazji, pani kapitan zapoznała nas z kilkoma ciekawostkami dotyczącymi tych pięknych ssaków. Od dawna wiedzieliśmy, że delfiny należą do jednych z najbardziej inteligentnych stworzeń na ziemi, ale w zaskoczenie wprawił nas fakt, że przewyższają pod tym względem szympansy. Mózg delfina jest tak rozwinięty, że jego psychika podatna jest na depresje i choroby psychosomatyczne, na przykład choroby wrzodowe żołądka na tle nerwowym. Między innymi z tego powodu obserwuje się tak drastyczną różnicę, między długością ich życia na wolności (40-60 lat), a w niewoli (około 2 lat). Mają one niezwykle rozwinięte więzi społeczne i rodzinne. Wypracowały także dwa sposoby porozumiewania się, niewerbalny – to głównie gesty wykonywane płetwami oraz skoki i werbalny, czyli wydawane przez nie ultradźwiękowe piski i świsty.  Naukowcy przekonani są, że pozornie przypadkowe odgłosy mogą układać się nawet w całe zdania.


Bay Of Islands
Bay Of Islands

Po emocjonującym spotkaniu z delfinami przyszedł czas, na kolejną atrakcje, a mianowicie naturalne „oko na ocean” – Hole in the Rock. Tym razem warunki atmosferyczne nam dopisały, więc mieliśmy okazję przepłynąć przez jej środek. Przy okazji załoga postanowiła sobie z nas trochę pożartować, ostrzeżeniem żebyśmy uważali na głowy i stwierdzeniem, że nie są pewni co do szerokości statku.

Hole in the RockHole in the RockHole in the RockBay Of Islands

Po znalezieniu się po drugiej stronie wyspy, pani kapitan zwróciła naszą uwagę, na nietypową formację skalną. Czy wy też widzicie tutaj twarz?


Bay Of Islands
Bay Of Islands

Zaraz obok Hole in the Rock, na sąsiedniej wyspie znajduje się najdalszy punkt, do którego za czasów oryginalnego The Cream Trip dostarczane były przesyłki – latarnia morska Cape Brett. Po raz pierwszy zapaliła się ona 21 lutego 1910 roku by przez następne 68 lat wskazywać podróżnikom bezpieczną drogę do domu. Z klifem na którym położona jest latania wiąże się także pewna legenda. Podobno światło odbijające się od gładkich skał u jego podnóża pomogło pierwszym osadnikom Māori bezpiecznie dotrzeć do nowego lądu.


Bay Of Islands
Bay Of Islands

Podczas żeglugi po otwartych wodach oceanów mogliśmy przyjrzeć się wielu gatunkom ptaków.


Bay Of Islands
Bay Of IslandsBay Of Islands

Następnym przystankiem na trasie naszego rejsu była największa wyspa w zatoce – Urupukapuka Island. Mieliśmy tu godzinną przerwę, którą mogliśmy wykorzystać, albo na zjedzenie lunchu albo na wejście na wzgórze, z którego roztaczała się panorama na prawie całą zatokę. Chyba nie musicie się zbyt długo zastanawiać na tym jaką opcje wybraliśmy ;).

Bay Of IslandsBay Of IslandsBay Of IslandsBay Of IslandsBay Of IslandsBay Of Islands

W tym momencie warto też wspomnieć o drzewach, które zachwycały nas przez cały pobyt w Nowej Zelandii. Metrosideros wyniosły (maori. Pohutukawa) wyjątkowo dobrze znosi trudne warunki na wybrzeżu morskim. My mieliśmy na tyle szczęścia, że trafiliśmy na okres jego kwitnienia, wypadający w okresie Bożego Narodzenia, stąd też zwyczajowa angielska nazwa tego drzewa – „Christmas tree”. Jego czerwone kwiaty na tle turkusowej wody sprawiał, że w myślach zadawałam sobie pytanie: „Czy ja przypadkiem nie jestem w Raju?”

Bay Of Islands - Christmas TreeBay Of Islands

W czasie drogi powrotnej do portu, w poszukiwaniu delfinów, udaliśmy się jeszcze do kilku urokliwych zatoczek. Niestety w tym przypadku szczęście nam nie dopisało, ale mam nadzieję, że będziemy jeszcze mieli kiedyś szansę na bliższe spotkanie z tymi niesamowitymi stworzeniami.

Bay Of IslandsBay Of Islands

W ramach rekompensaty załoga zaproponowała nam zabawę w postaci boom-nettingu. Zostaliśmy wrzuceni do sieci zawieszonej na burcie statku, po czym pani kapitan zapewniłam na wodną „huśtawkę”, gwałtownie ruszając w przód lub w tył. Na koniec zabawy, mogliśmy spędzić kilka minut pływając w oceanie. O dziwo woda okazała się być cieplejsza niż w Bałtyku i na pewno dużo czystsza.
Bay Of IslandsBay Of IslandsBay Of Islands

Wracając do Paihi dostarczyliśmy kilka przesyłek na okoliczne wyspy. Z zazdrością patrzyliśmy na ich mieszkańców, którzy mieli swój prywatny kawałek raju na ziemi.

Bay Of IslandsBay Of IslandsBay Of IslandsBay Of Islands

Po powrocie do portu okazało się, że popełniłam jeden z największych błędów w czasie całej naszej wycieczki, a mianowicie nie użyłam filtru przeciwsłonecznego. Odpokutowałam to spalonym nosem przez resztę wyjazdu. Oszczędzę wam szczegółowych opisów poszczególnych stadiów rozwojowych, przez które przechodził on w tym czasie. Zbyt przyjemne to nie było. Także przestroga na przyszłość: to, że nie jest gorąco i wieje wiatr wcale nie oznacza, że nie można się opalić (spalić).


Bay Of Islands
Bay Of Islands Bay Of Islands

Nie był to koniec przygód na ten dzień. Udaliśmy się do Waipu Caves, gdzie mieliśmy nadzieję na zobaczenie kolejnego cudu Nowej Zelandii – świetlików.  Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o dwa ciekawe miejsca. Pierwszym z nich była chyba najczęściej fotografowana publiczna toaleta na świecie, znajdująca się w miejscowości Kawakawa. Została ona zaprojektowana przez austriackiego architekta  Fredensreicha Hunderwassera. Toaleta jest darmowa, otwarta do zwiedzania jak również załatwiania swoich potrzeb :). Muszę przyznać, że była to najładniejsza publiczna ubikacja jaką widziałam w życiu.

Kawakawa public toiletKawakawa public toiletKawakawa public toilet

Na trasie udało nam się również zrobić krótki przystanek przy kolejnym malowniczym wodospadzie – Whangarei Falls.

Whangarei FallsWhangarei Falls

W końcu przyszedł czas na punkt kulminacyjny trzeciego dnia – czyli wizytę w jaskini Waipu Caves. Oglądanie glowwormów to jedna z głównych atrakcji Nowej Zelandii, jednak w miejscach typowo odwiedzanych przez turystów trzeba za tą przyjemność sporo zapłacić. Nasz budżet był dość ograniczony, ale po dokładnym przeszukaniu internetu udało mi się znaleźć tą atrakcję całkowicie za darmo. Jaskinia Waipu Caves położona jest trochę na uboczu i dojazd do niej możliwy jest tylko drogą gruntową, co skutecznie odstrasza rzesze turystów. Aby do niej dotrzeć, trzeba przejść dosłownie 2 minuty od znajdującego się koło niej bezpłatnego kempingu.

Waipu Caves - magia u sklepienia jaskińWaipu Caves - magia u sklepienia jaskińWaipu Caves - magia u sklepienia jaskiń

W pierwszej chwili po wejściu do jaskini poczuliśmy rozczarowanie. W koło tylko ciemność i błoto po stopami. Dodatkowo jeszcze jakieś niezidentyfikowane odgłosy przyprawiające o zimne dreszcze. Postanowiliśmy jednak zostać w środku kilka minut i spróbować zrobić jakieś zdjęcia. Okazało się, że dobrze zrobiliśmy nie dając się tak szybko zniechęcić, bo już po paru chwilach, gdy nasz wzrok przyzwyczaił się do ciemności, dostrzegliśmy pierwszego świetlika. Potem następnego i następnego, aż w końcu trudno je było zliczyć. Wielkim plusem tego miejsca było także to, że byliśmy tu zupełnie sami. Bez ograniczeń czasowych i z możliwością swobodnego zachwycania się tym cudem natury.


Waipu Caves - magia u sklepienia jaskiń
Waipu Caves - magia u sklepienia jaskiń

Szybko się ściemniało, a przed 21:00 musieliśmy zameldować się na kempingu. Szczęśliwie w drodze nie stała się krzywda żadnemu jeżykowi, a i mogliśmy oglądać kolejny już zachód słońca w tym jakże niezwykłym świecie.


Szczęśliwy (nie rozjechany) jeżyk
U schyłku dnia trzeciego
A na koniec mapka z całego dnia:

Wcześniej

W krainie Hobbita – Od pustyni po tropiki (dzień drugi)

Później

Święta na Antypodach

2 Comments

  1. Ja

    Zachwycające miejsca i niezapomniane przeżycia, Kasiu. Interesująco, emocjonalnie napisane, czytając, „przeniosłam się” w tę krainę. Czy ocean, zieleń roślinności kolorystycznie są naprawdę tak niezwykłe, intensywne, czy fotograf się trochę przy tym „napracował”?!

Dodaj komentarz