Podróż do Nowej Zelandii  od zawsze była w sferze naszych marzeń, razem z wygraną w totka, prywatnym jachtem i domem na Hawajach. Jednak po przeprowadzce do Australii okazało się, że od spełnienia naszej fantazji dzielą nas tylko 4 godziny lotu, nadszarpnięcie skarpety z zaskórniakami oraz trochę czasu włożonego w planowanie wyprawy. Tym oto sposobem dziesiątego grudnia o 2 w nocy wsiadaliśmy do opóźnionego ponad dwie godziny samolotu, aby rozpocząć naszą nowozelandzką przygodę.

Pierwszym celem po wylądowaniu w Auckland było odebranie wypożyczonego campervana, który przez najbliższe 9 dni miał nam służyć nie tylko jako środek transportu, ale także sypialnia, kuchnia, przebieralnia i jadalnia. Zamiast tylnych siedzeń mieliśmy łóżko, pod których umieszczono między innymi małą lodówkę oraz skrytki na nasze bagaże i przybory kuchenne. Wszystkie przeróbki były świetnie przemyślane, co sprawiło, że podróżowało nam się bardzo komfortowo.



Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od zwiedzania północnej części wyspy. Pogoda tego dnia wyjątkowo nam nie dopisała, bo praktycznie od samego wyjazdu z Auckland towarzyszył nam deszcz. Nie przeszkadzało nam to jednak w podziwianiu przepięknych krajobrazów, tym bardziej, że mieliśmy przed sobą długą trasę. Już kilka kilometrów po wyjeździe z miasta znaleźliśmy się w scenerii rodem z Hobbita, wśród trawiastych pagórków i pasących się owiec. Tym co wywarło na mnie największe wrażenie był niesamowity odcień zieleni, niespotykany chyba nigdzie indziej na Ziemi. Kolor tak intensywny i żywy, że wydawał się być nierealny.


Po kilku godzinach dotarliśmy do pierwszego planowego przystanku, czyli do lasu Waipoua, gdzie podczas godzinnego spaceru mogliśmy podziwiać ogromne drzewa Kauri. Na początku szlaku czekała nas mała niespodzianka w postaci „stacji” czyszczenia obuwia. Przed wejściem, a także po wyjściu z lasu turyści proszeni są o dokładne zdezynfekowanie butów. Wszystko to w celu ochrony drzew Kauri, które występują tylko w północnej części Nowej Zelandii, a ich rozwój uzależniony jest od ścisłej symbiozy z grzybami oraz od mocno kwasowej gleby. Tą wyjątkową roślinność można podziwiać tylko ze specjalnie zbudowanych w tym celu kładek, ze względu na ich niezwykle wrażliwy system korzeniowy. Drzewa te uznawane są za relikty, ponieważ pierwsi przedstawiciele ich gatunku pojawili się na Ziemi w okresie Jury, czyli ponad 135 milionów lat temu.


Cztery siostry nawet podczas deszczu zrobiły na nas duże wrażenie.

Podczas spaceru mieliśmy także okazję, zobaczyć drugie co do wielkości oraz najstarsze drzewo kaurii na świecie, Te Matua Ngahere.

Z kolei największego przedstawiciela tego gatunku nie musieliśmy daleko szukać. Wystarczyło przejechać około 3 km dzielących nas od następnego parkingu. Tāne Mahuta (w tłumaczeniu z języka Maori – Władca Lasu) ma 51.2 m wysokości, a obwód jego pnia wynosi 13.7 metra. Wiek drzewa nie jest dokładnie znany, ale szacuje się go na około 1250 – 2500 lat. Fotografia niestety nie oddaje całego majestatu tego niesamowitego drzewa.






Po krótkim przystanku ruszyliśmy w dalszą podróż. Naszym celem było dojechanie do najbardziej wysuniętego na północ punktu Nowej Zelandii. Niestety, tu popełniliśmy pierwszy błąd naszej wycieczki i ominęliśmy (jak się później okazało) ostatnią na trasie stację benzynową (tak naprawdę to cała wina leżała po stronie Michała, bo ja w tym czasie smacznie sobie odsypiałam nocny lot;) ). Całe szczęście na trasie był także tak zwany punkt awaryjnego tankowania, więc zostaliśmy ocaleni. Ze względu na to, że zmęczenie dawało nam się już nieźle we znaki, postanowiliśmy zweryfikować nieco nasze plany i zostawić sobie dojazd do północnego krańca wyspy na następny dzień.

C.D.N.