Życie do góry nogami

Krótkie historie dwójki ryzykantów

Święta na Antypodach

Wilsons Promontory

Zarówno dla mnie jak i dla Michała święta to czas bardzo rodzinny. Z racji Australii od najbliższych dzieliły nas jednak tysiące kilometrów, więc postanowiliśmy świętować w bardzo nietypowy sposób. Nie było mowy o tradycyjnym spędzaniu Bożego Narodzenia, gdy za oknem pełnia lata. Mogliśmy, tak jak typowi Ozzy, po prostu zrobić grilla na plaży, albo poddać się szaleństwu zakupów w Boxing Day. Zdecydowaliśmy się jednak odciąć na ten czas od cywilizacji i wraz z paczką znajomych wyruszyliśmy do jednego z najpiękniejszych parków narodowych w Wiktorii – Wilsons Promontory.Wilsons Promontory

Za namową doświadczonego już w podróżowaniu po Australii kolegi zdecydowaliśmy się na dość ekstremalny wariant trasy po Wilsons Prom. Trzy dni wędrówki z plecakami wypchanymi jedzeniem i wodą oraz przytroczonymi do nich namiotami i śpiworami. Wolę nie wiedzieć ile kilogramów dźwigaliśmy na plecach. Dobrze, że większość ciężaru spadła na barki Michała.Wilsons Promontory


Jak widać na załączonej mapce, w ciągu tych trzech dni udało nam się pokonać prawie 60 km. Niby nie jest to jakoś przesadnie dużo (średnio 20 km dziennie), ale kilka czynników, o których dowiecie się z poniższej relacji, uczyniło wędrówkę dość wyczerpującą.Wilsons Promontory

Dzień Pierwszy

Wilsons Promontory

Wilsons Prom położony jest około 3 godzin jazdy na wschód od Melbourne. Ponieważ część ekipy dojeżdżała do nas pociągiem na szlak mogliśmy się udać dopiero po godzinie 14. Z Tidal River, gdzie zostawiliśmy samochody, do punktu startowego wycieczki, czyli Telegraph Saddle zawiózł nas darmowy autokar. Pierwsze 10 kilometrów pokonaliśmy w nieco ponad 2 godziny. Wszyscy jeszcze pełni energii i z zapasem wody w plecaku podziwialiśmy krajobrazy i otaczającą nas roślinność. Na koniec tego odcinka czekał nas krótki relaks na praktycznie bezludnej plaży w pobliżu campingu Sealers Cove.
Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Nie było jednak czasu na dłuższe leniuchowanie, bo na ten dzień mieliśmy zaplanowane jeszcze ponad 13 km. Skończyło się jednak na przejściu tylko 7. Kiedy dotarliśmy do Refuge Cove do zmierzchu została niecała godzina, a pomysł rozbijania namiotów po ciemku nie bardzo przypadł nam do gustu. Nie pożałowaliśmy naszej decyzji, gdy tylko zapadła noc, na niebie pojawiło się tysiące gwiazd.
Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Nie musieliśmy czekać do pierwszej gwiazdki, żeby rozpocząć naszą Wigilijną kolację. Zabrakło wprawdzie barszczu i pierogów, ale już śledzik (co prawda z puszki) się znalazł.
Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Dzień Drugi

Na ten dzień przypadł najdłuższy i najtrudniejszy odcinek szlaku. Już na początku trasy okazało się, że to nie odległość czy wspinaczka będą stanowiły problem, ale upał i kurczące się w zastraszającym tempie zapasy wody. W żadnym ze znajdujących się po drodze kempingów nie ma zasobów wody pitnej. W zależności od położenia, są one jednak wyposażone w zbiornik z deszczówką lub ujęcia wody z rzeki. Jest to jednak tak zwana untreated water, którą przed spożyciem należy zagotować lub przefiltrować. W aptece można też kupić specjalne tabletki (bagatela 10 dolców) odkażające, które wystarczy w niej tylko rozpuścić. Niestety my nie mieliśmy takich gadżetów. Zdecydowaliśmy jednak, że lepiej wypić jakiegoś pasożyta, czy bakterię niż się odwodnić. Pierwsze łyki były trochę asekuracyjne, połączone z ukradkowym rozglądaniem się czy przypadkiem nikt z współtowarzyszy wyprawy nie oddala się szybkim krokiem w „krzaczki”. Po przejściu kilku kilometrów w upale, przestało nam przeszkadzać że woda jest lekko żółta (pewnie od piasku), wystarczyło że była chłodna, mokra i gasiła pragnienie. 🙂
Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Dzień drugi zaczęliśmy od nadgonienia odcinka, którego nie udało nam się pokonać dnia poprzedniego. Z Refuge Cove do Little Waterloo Bay mieliśmy do przejścia 7 km. Po drodze zdobyliśmy szczyt Kersops Peak, gdzie jedyny raz podczas całej trasy udało nam się złapać zasięg i złożyć świąteczne życzenia rodzinie.

Schodząc  ze szczytu w kierunku plaży, coraz bardziej zagłębialiśmy się w wiszące nisko nad ziemią chmury.

Kiedy dotarliśmy do Little Waterloo Bay, poczuliśmy się tak, jakbyśmy gdzieś po drodze niechcący przenieśli się przez między-wymiarowe przejście i znaleźli się w jakimś innym świecie. Nisko wiszące chmury, sprawiały, że widoczność ograniczała się do plaży, drzew znajdujących się na jej skraju i pasa wody.
Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Po kąpieli i chwili wypoczynku na „magicznej” plaży w naszej grupie wystąpił mały „rozłam”. Część ekipy chciała została na pobliskim kempingu, żeby dłużej móc rozkoszować się ciepłą wodą i piękną okolicą. Reszta, w tym my, wyruszyła w dalszą trasę w kierunku, najbardziej wysuniętego na południe punktu Australii (poza Tasmanią).Wilsons Promontory

Pół godziny marszu przez las i znów znajdujemy się na plaży. Widoczność ograniczona tak bardzo, że wystarczy oddalić się 200 metrów żeby stracić z oczu współtowarzyszy wyprawy. Żeby nie zabłądzić podążaliśmy po śladach pozostawionych przez innych wędrowców.

Po zejściu z plaży rozpoczęliśmy wspinaczkę. Wysokości nie były wprawdzie duże, ale po wyjściu z chmur słońce mocno dawało nam się we znaki. Nasze wysiłki zostały nagrodzone, pięknym krajobrazem.

Znowu to własnie nisko płynące chmury, nadały temu miejscu niesamowity charakter. Przez chwilę poczuliśmy się niemal, jakbyśmy byli na szczycie świata.
Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Naszym następnym przystankiem miała być widoczna ze skały latarnia. Czekał nas jeszcze długi marsz, podczas którego, chwilami przed poddaniem się powstrzymywała nas tylko perspektywa źródła wody pitnej u celu.Wilsons Promontory

Najgorsze okazało się ostatnie 500 metrów. Strome podejście bez nawet skrawka cienia. Nagrodą za nasze wysiłki była tym razem „najlepsza toaleta na świecie”, która nie dość, że wyposażona w taki cud techniki jak spłuczka to jeszcze zaopatrzona w papier toaletowy.
Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Ostatnie 5 km trasu dzielące nas od kempingu Roaring Meg, dzięki zapasom świeżej wody oraz lekkiemu spadkowi temperatury, udało nam się pokonać w szybkim tempie. Dodatkowo motywowała nas perspektywa ciepłego posiłku.Wilsons Promontory

Sprawne rozstawienie namiotu, pośpieszne opłukanie się w rzeczce, szybka kolacja i nareszcie, można zawinąć się w śpiworek i odpocząć. Można by… gdyby nie nagły okrzyk kolegi, który po przegranej grze w marynarzyka poszedł umyć naczynia w strumyku: „Chodźcie! Szybko! Musicie to zobaczyć!” (za ewentualne nieścisłości w nawoływaniach przepraszamy Mariana, ale trochę czasu minęło, a pamięć już nie ta;). Tu muszę się przyznać, że długo walczyłam ze sobą czy chce mi się wyłazić z wygodnego śpiworka, czy nie. Na szczęście ciekawość zwyciężyła nad lenistwem, bo  nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybym GO nie zobaczyła. Spotkanie z NIM było jednym z głównych celów naszej wycieczki. Mowa oczywiście o moim ulubionym australijskim zwierzęciu – Wombacie, który najspokojniej w świecie jadł sobie kolacje tuż obok naszego obozowiska. Widać było, że przywykł do obecności ciekawskich turystów, bo nawet nie zareagował na nagłe pojawienie się naszej szóstki. Nie dał się co prawda, ani pogłaskać, ani wyściskać, ale w końcu to my bezczelnie przeszkodziliśmy mu w kolacji, więc nie mogliśmy mieć do niego pretensji.Wilsons Promontory

Dzień Trzeci
Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Ostatni dzień pobytu w Wilsons Prom rozpoczęliśmy od wędrówki w kierunku głównego celu naszej wyprawy – South Point. Ciężkie plecaki i namioty zostawiliśmy na kempingu, przez który tak czy inaczej mieliśmy wracać. Odciążeni i zregenerowani dzielące nas od celu 3,7 km pokonaliśmy w niecałą godzinę. Dla takich widoków warto było się pomęczyć.

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Nie obyło się bez przygód. Poniżej relacja fotograficzna z bohaterskiej akcji ratowniczej.

Wilsons Promontory

W drodze zrobiliśmy sobie postój przy uroczej chatce na kempingu Halfway Hut.

Nie będę się zbytnio zagłębiać w opis drogi powrotnej. Wystarczy napisać, że za każdym zakrętem spodziewaliśmy się w końcu zobaczyć czekający na nas autobus i wiele razy się rozczarowaliśmy. W bólach i cierpieniu (przesadzam tylko troszeczkę) udało nas się nareszcie dotrzeć Tidal River, dosłownie minutę przed deszczem.
Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Po przeczekaniu ulewy i dołączeniu reszty ekipy postanowiliśmy zahaczyć jeszcze w drodze powrotnej o kilka malowniczych plaż.
Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wilsons Promontory

Wcześniej

W krainie Hobbita – Na wodzie i pod ziemią

Później

W krainie Hobbita – W drodze do Shire (dzień czwarty)

1 Komentarz

  1. Można tu siedzieć godzinami, by oglądać te wspaniałe widoki oraz czytać te ciekawe posty o kraju, w którym nigdy nie będę.
    Zasyłam pozdrowienia

Dodaj komentarz