Życie do góry nogami

Krótkie historie dwójki ryzykantów

Przystojni surferzy i słodkie pingwinki, czyli weekend na Phillip Island

Wyprawa na Phillip Island chodziła nam po głowach już od dłuższego czasu i chociaż pogoda zapowiadana na najbliższy weekend nie nastrajała optymistycznie, postanowiliśmy zaryzykować. Tym razem organizacją wycieczki zajął się Michał, co poskutkowało tym, że jechaliśmy bez żadnego konkretnego planu.

Już w czasie podróży okazało się, że pozostawienie planowania wyjazdu Michałowi, nie było najlepszym pomysłem. Na pytanie, co będziemy robić po przyjeździe, odpowiedział: „Nie wiem. Możemy pójść na jakąś plażę. Pooglądać widoczki”. Dziwnym trafem jednak, nawigację ustawił na sam środek wyspy. Nie pozostało mi nic innego jak wziąć sprawy w swoje ręce, co w dobie komórek z dostępem do internetu oznaczało po prostu wpisanie odpowiedniego hasła w przeglądarce.

Tym oto sposobem o 9 rano mogliśmy się rozkoszować poranną bryzą na Woolamai Beach. Michał cieszył się z możliwości fotografowania ładnych widoków, podczas gdy ja skupiłam się na wypatrywaniu przystojnych surferów. Niestety czekało mnie rozczarowanie. Z daleka wszyscy wydawali się, być tacy jak ich sobie wyobrażałam. Wysocy, umięśnieni blondyni z falowanymi, jeszcze wilgotnymi włosami i figlarnym błyskiem w niebieskich oczach. Rzeczywistość okazała się daleka od moich marzeń. Nie dość, że nie mieli jasnych włosów,a u niektórych dało zauważyć się piwne brzuszki, to jeszcze część (ta ładniejsza) nie była nawet płci męskiej.

DSCF1701


DSCF1747


DSCF1742

Wracając z plaży, mieliśmy okazję natknąć się na jedno z najbardziej niezwykłych Australijskich stworzeń – kolczatkę. Udało mi się wypatrzyć ją z okna samochodu i od razu kazałam Michałowi zatrzymać się na poboczu. Nie mogliśmy przegapić okazji zobaczenia tego jajorodnego ssaka z bliska.

DSCF1775

W międzyczasie udało mi się zarezerwować bilety na największą atrakcję wyspy Philip’a, czyli marsz pingwinów. Odbywa się on codziennie o zachodzie słońca, niezależnie od pory roku czy pogody. Do wieczora było jeszcze daleko, więc postanowiliśmy odwiedzić inne polecane w przewodnikach miejsca. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Churchill Island Heritage Farm. Jest ona na pewno świetną atrakcją dla rodzin z dziećmi lub typowych mieszczuchów, którzy nigdy nie widzieli krowy, konia, czy kury z bliska. Można tam również pojeździć bryczką czy uczestniczyć w pokazie strzyżenia owiec i ich zaganiania. Dla nas najciekawsze okazały się wypatrzone w sklepie z pamiątkami czekoladki, o bardzo nie zachęcających do jedzenia nazwach i kształtach.


20160924_104813

Kolejnym punktem na naszej liście było Koala Conservation Center. Długo zastanawialiśmy się, czy się tam wybrać, bo opinie znalezione w internecie nie były zachęcające. Zwiedzający szczególnie narzekali na małą liczbę koali. Okazało się, jednak, że wystarczy mieć wytrawne oko tropiciela i trochę cierpliwości, aby wypatrzyć je niemal na każdym drzewie. Zadanie było jednak nieco utrudnione, ponieważ trafiliśmy na porę dnia, w której zwierzaki akurat ucinały sobie drzemkę. Podstawowym błędem obserwowanych przez nas turystów było szukanie tych „australijskich misiów” na wysokości swojego wzroku. Najbardziej rozbawiała mnie koala, śpiąca na cieniutkiej gałązce wiszącej tuż na kładką dla zwiedzających. Ludzie przechodzili pod nią tam i z powrotem, ale dosłownie nikt jej nie zauważył.


DSCF1832


DSCF1827


DSCF1809

W końcu nadszedł czas na atrakcję wieczoru – marsz pingwinów. Zgodnie z zaleceniem znajdującym się na bilecie, przyjechaliśmy na miejsce godzinę przed zachodem słońca. Wiedząc, że Australijczycy nie przywiązują zbyt wielkiej wagi do punktualności, spodziewaliśmy się, że będziemy jednymi z pierwszych zwiedzających. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że jest weekend i właśnie rozpoczęły się ferie szkolne oraz, że przy wszystkich popularnych atrakcjach Australii zawsze spotkać można tłum Azjatów.

Do samego marszu pingwinów mam dość mieszane uczucia. Niestety komercjalizacja odarła to niezwykłe wydarzenie z jego naturalnego uroku. Tłum ludzi, zgromadzony na wybudowanej na plaży trybunie, szeleszczący opakowaniami przekąsek i rozwrzeszczane dzieciaki biegające w koło, sprawił, ze przez chwilę czuliśmy się jak na finałowym meczu footy.  Wrażenie potęgowały jeszcze reflektory skierowane na sam środek zatoczki, gdzie już za chwilę miały pojawić się wracające do domu pingwiny.

Z drugiej strony, pełne napięcie oczekiwanie na wynurzenie się pierwszego odważnego ptaka, było niezapomnianym uczuciem. Po pewnym czasie na tyle zaangażowaliśmy się w kibicowanie tym najmniejszym na świecie pingwinkom w ich zmaganiom z falami oceanu oraz wrednymi mewami czyhającymi na nie na plaży, że zapomnieliśmy o otaczającym nas tłumie. Obecności turystów wydawało się nie przeszkadzać zwierzętom, których jedynym celem było szybkie przedostanie się, przez otwartą przestrzeń piasku do bezpiecznej kryjówki na brzegu. W czasie marszu pingwinów obowiązuje całkowity zakaz fotografowania, podobno ze względu na ich bardzo wrażliwe na światło flesza oczy, co wydaje się lekką hipokryzją biorąc pod uwagę ustawione na plaży reflektory. Trudno mi jednoznacznie określić, czy polecam wzięcie udziału w tym wydarzeniu. Z jednej strony to na pewno jest to niezwykłe doświadczenie, z  drugiej nie podoba mi się tak mocna ingerencja człowieka w naturę. Pocieszający jest fakt, że cały przychód ze sprzedaży biletów przeznaczany jest na badania i ochronę tych niezwykłych zwierząt.

Następnego poranka wybraliśmy się do Nobbis Center położonego na najbardziej wysuniętym na zachód cypelku wyspy Philip’a. Na miejscu przywitał nas przeszywający arktyczny wiatr. W tym momencie bardzo cieszyłam się, ze znalezionych na dnie torebki rękawiczek, z których przydatności w Australii wyśmiewał się kilka dni wcześniej Michał. Dla tych widoków warto było jednak marznąć.


Phillip Island


DSCF1930


DSCF1894

W Nobbis Center, jakby mało nam jeszcze było zimna, wybraliśmy się w Antarctic Journey. Wystawa ta zorganizowana przez WWF, początkowo nie zrobiła na nas wrażenia. Zwiedzanie rozpoczyna się od centrum edukacyjnego, przeznaczonego raczej dla dzieci. Za to następna sala wręcz nas zachwyciła. Nagle znaleźliśmy się w samym centrum Arktyki. Na rozmieszczonych w koło wielkich ekranach mogliśmy podziwiać filmy przyrodnicze ukazujące piękno tego mroźnego, niezwykłego świata.


DSCF1935


DSCF1942

Pobyt na Philip Island postanowiliśmy zakończyć na słodko, w fabryce czekolady. Chociaż dużo brakowało jej do królestwa Will’ego Wonki (zdecydowanie brakowało mi Umpa-Lumpów), to i tak było bardzo smakowicie . Najwięcej czasu spędziliśmy w salce z automatami, gdzie można było wygrać drewniane kulki, które pod koniec wycieczki można było wymienić na czekoladowe. W Michale odezwała się żyłka gracza, więc nie odpuścił, dopóki nie zgarnął największej dopuszczalnej wygranej, czyli 6 kulek.



DSCF1946

Kilka tygodni później w skrzynce pocztowej czekała na nas przesyłka z bardzo klimatycznym zdjęciem z drogi powrotnej do Melbourne. Szkoda tylko, że fotograf w postaci australijskiej policji okazał się być tak drogi. 😉

ticket

Wcześniej

Samochód w Australii

Później

Melbourne Cup

1 Komentarz

  1. Żurawina

    Fajnie by było zobaczyć Was w aucie, ale nie od tyłu i nie kosztem… mandatu?

Dodaj komentarz