Australia, jako państwo, nie ma zbyt długiej historii, nie posiada również oficjalnego państwowego wyznania, a co za tym idzie, nie obchodzi się tu zbyt wiele świąt narodowych bądź religijnych. Oczywiście Boże Narodzenie i Wielkanoc są dniami wolnymi od pracy, ale już na przykład Boże Ciało czy Wszystkich Świętych, nie. Nie oznacza to jednak, że w Australii nie ma długich weekendów. Po prostu Australijczycy musieli wymyślić inne okazję do „świętowania”. W ten oto sposób, w pierwszy wtorek listopada w stanie Victoria, obchodzony jest Melbourne Cup.




Kapelusze, garnitury, tłum, hazard, alkohol, szpilki, wyścigi konne. W tych kilku słowach mogłabym w skrócie opisać nasze wrażenia z Melbourne Cup. Kolejność wyrazów bynajmniej nie jest przypadkowa [chociaż ja „alkohol” wstawiłbym między każde z pozostałych słów – dop. Michał], bo z naszych obserwacji wynika, że wyścigi są jedynie pretekstem do całodziennego imprezowania.




Spodziewaliśmy się eleganckich strojów oraz wymyślnych kapeluszy, nie podejrzewaliśmy jednak, że trafimy na prawdziwy „pokaz mody”. Już w pociągu, którym udaliśmy się na tor wyścigowy w Flemington, okazało się, że nie do końca wpasowujemy się w tłum. W letniej sukience w kwiatki, płaskich butach i zwykłym letnim kapeluszu, wyglądałam przy wystrojonych Australijkach jak biedniejsza kuzynka Kopciuszka. Michał z kolei całą drogę wypominał mi, że nie kazałam mu włożyć garnituru. Muszę przyznać, że byłam pełna podziwu dla kobiet, które mimo niebotycznie wysokich szpilek dość sprawnie radziły sobie na trawiastym podłożu.




W czasie Melbourne Cup odbywa się około 10 wyścigów, jednak wszyscy z niecierpliwością czekali na ten najważniejszy i najbardziej prestiżowy, rozgrywający się na odcinku 3200 metrów. Nagroda dla zwycięzcy wynosiła aż 6.2 miliona dolarów, nic więc dziwnego, że właśnie ten wyścig wywołał największe emocje na trybunach. Postanowiliśmy razem z Michałem sprawdzić, czy oprócz życiowego szczęścia, mamy też farta w hazardzie. Każde z nas postawiło 20 dolarów na jednego ze startujących w gonitwie koni. Michał obstawił swój ulubiony numer 17, ja wybrałam wierzchowca o najładniejszym imieniu – Oceanographer.




Wyścig rozpoczął się niezbyt obiecująco, oba „nasze” rumaki znajdowały się gdzieś w środku stawki. Sytuacja na torze w ciągu 3 minut biegu zmieniała się bardzo szybko. Jakieś 500 metrów przed metą 17 zaczęła wysuwać się na prowadzenie, lecz decydujący pojedynek rozegrał się na ostatnich 50 metrach. Okrzyk zwycięstwa wydany przez Michała było chyba słychać aż w Sydney ;). Kolejny raz dopisało nam szczęście, Almandin (tak się nazywał koń), wygrał dosłownie o pół chrapy, a my mogliśmy odebrać 220 [190, bo podatki ;/ – dop. Michał] zwycięskich dolarów (dziwnym trafem mniej więcej tyle, ile wyniósł otrzymany ostatnio przez Michała mandat).




Mieszkając w Melbourne, warto choć raz wziąć udział w Melbourne Cup. Choćby po to, aby przyjrzeć się z bliska wymyślnym kreacjom i pięknym rasowym rumakom. Nam ten jeden raz zdecydowanie wystarczył i za rok raczej poszukamy w tym czasie innych przygód.