Przed przylotem do Melbourne cały czas mieliśmy w wyobraźni jedno wielkie, pięciomilionowe miasto. I choć słyszeliśmy co nieco o tej aglomeracji, to dopiero na miejscu mogliśmy zobaczyć, jak to wszystko działa.

Właściwie Melbourne to nazwa w dużym stopniu umowna. W rzeczywistości to ponad 30 obszarów, z których każdy posiada niezależną radę i administrację. Wiele z tych miejsc powierzchnią i ludnością przewyższa niejedno „duże” polskie miasto. I dopiero zestawienie w głowie tych 30 „polskich miejscowości” daje niejakie wyobrażenie o skomplikowanej logistyce tego miejsca.

RegataPrzez cały okres przygotowań nie rozważaliśmy drobiazgowo, co może nas spotkać w Australii. Nie planowaliśmy konkretnego miejsca zamieszkania ani sposobu komunikacji. Koniec końców wszystko zależało od tego, gdzie podejmiemy nasz zawód. Szczęśliwie nie trwało długo, zanim Kasia dostała pracę (dwa dni to może i rekord, wypadałoby sprawdzić w księdze Guinnessa). Kilka tygodni później poszczęściło się i mnie.

Wracając do odległości, to choć oboje szukaliśmy sposobu na zarobek w Melbourne, nasze miejsca pracy wypadły około 40km od siebie. Niby nic wielkiego, ale przebycie takiej odległości to przynajmniej dwie godziny spędzone w publicznym transporcie.

Jak na taki dystans to i tak czas przyzwoity, bo pomiędzy moją a Kasi pracą można poprowadzić linię przecinającą centrum. Cała siatka tramwajów i pociągów oparta jest na gwieździe, wobec czego wszystkie trasy prowadzą do głównej dzielnicy. Wystarczy spróbować przejechać się publicznym transportem po okręgu do dzielnic sąsiednich, a ilość marnowanego czasu nagle niebezpiecznie wzrasta.

Do tego warto wspomnieć, iż są linie autobusowe, które powyższy problem teoretycznie powinny rozwiązywać. W praktyce, przy codziennym korzystaniu z komunikacji (czyli w drodze do i z pracy), autobusy stoją korkach jak każde inne pojazdy. Sens z ich korzystania jest żaden, w dodatku ich opóźnienia uniemożliwiają bezproblemowe i sprawne przesiadki na dłuższym dystansie.

Z Kasi pracą na zachodzie, a moją na wschodzie miasta, zdecydowaliśmy się zamieszkać w jednej z głównych dzielnic. Zminimalizowaliśmy w ten sposób czasy podróży w jedną stronę do 1,5 i 1 godzinny. Jakby jednak nie patrzeć, rozwiązanie nie należało do idealnych, a każde z nas perspektywy miało kiepskie. O ile ja mogłem wybrnąć z sytuacji godzinnym dojazdem dwoma tramwajami, to Kasi trasa zakładała 20-minutowy spacer wzdłuż ruchliwej ulicy (po trawie, bo żaden Australijczyk nawet nie pomyślałby o spacerze do pracy na odległych przedmieściach).

Sunday morning

W taki oto sposób zrodził się pomysł (i konieczność) zakupu rzeczy, której nie uwzględniliśmy w żadnych kalkulacjach. Chodzi oczywiście o samochód, a aby go opisać (ach, ten dach!), potrzebny jest zupełnie osobny wpis…