Życie do góry nogami

Krótkie historie dwójki ryzykantów

Dwa Parki Narodowe w jeden weekend

Jako, że w końcu udało się nam kupić samochód (o perypetiach z tym związanych Michał zobowiązał się napisać w innym wpisie), w zeszły weekend postanowiliśmy go wypróbować. Za pierwszy cel obraliśmy Churchill National Park, położony około pół godzinny jazdy od naszego miejsca zamieszkania.

Park ten nie cieszy się zbyt dużym zainteresowaniem, ze względu na linie wysokiego napięcia biegnącą przez sam jego środek. Skutecznie psującą krajobraz.
DSCF0678

Mimo to, spacer po parku był bardzo przyjemny. Wystarczyło odejść kawałek od miejsca piknikowego, żeby móc podziwiać tutejszą florę i faunę. Wędrówkę umilało nam kumkanie i rechotanie australijskich płazów. Szczególnie w pamięć zapadł nam odgłos, którego nie mogliśmy zidentyfikować. Przez dłuższą chwilę dyskutowaliśmy, czy wydaje go ptak, czy raczej żaba. Jako, że dźwięk ten powtarzał się w okolicach zbiorników wodnych, uznaliśmy, że to odgłos godowy jakiegoś płaza.

Idąc dalej, natknęliśmy się na jeden z głównych powodów, dla których zdecydowaliśmy się wybrać do Churchill Park, czyli kangury. Mogę się założyć, że gdyby nie to, że jeden z torbaczy akurat postanowił się przewrócić na drugi boczek, przeszlibyśmy tuż obok nieświadomi ich obecności. Co śmieszniejsze, gdy Michał skradał się, żeby zrobić mu zdjęcie, prawie nadepnął na następnego. W rezultacie, udało nam się podziwiać wypoczywające kangury w odległości nie większej niż 20 metrów.

DSCF0726

Wyraźnie znudzony naszą obecnością, ziewający kangur.

DSCF0732

W końcu pokazał nam miejsce, gdzie kręgosłup traci swoją szlachetną nazwę.

DSCF0743

Przyciągnęliśmy też uwagę innych spacerowiczów.

DSCF0758

Wystarczyło przejść kolejne sto metrów, żeby natknąć się na mamusię z maleństwem w torbie. Z takim bagażem kangurzyce żyją, przez 9 miesięcy, pocieszający dla nich jest fakt, że ciąża trwa tylko około 36 tygodni.

DSCF0764

Tu spotkało nas wielkie rozczarowanie, bo na „kangurzej drodze”, spotkaliśmy kangurów sztuk zero.


Na niedzielę zaplanowaliśmy trochę dłuższą trasę i udaliśmy się do oddalonego około 60 km na północny zachód od Melbourne Werriebee Gorge State Park.  Na wycieczkę zabraliśmy ze sobą naszych współlokatorów, czyli parkę ze Szkocji, Lisę i Gary’ego.

Po dojechaniu na miejsce zdecydowaliśmy się na najdłuższą dostępną trasę, czyli Circuit Walk. Zgodnie z tablicą informacyjną szlak ten ma 10 km i pokonanie tej odległości  powinno nam zająć około 5 godziny. Nam cały spacer, łącznie z małym piknikiem i kilkoma postojami w miejscach widokowych zajął około 3 godzin. Widocznie nie odpowiadamy Australijskim standardom.

Najtrudniejszy, przynajmniej dla mnie (trzeba popracować nad kondycją), był początkowy etap trasy, czyli wspinaczka pod górkę.

DSCF0770

Nagrodą za włożony wysiłek były piękne widoki.

DSCF0786

DSCF0808

Szlak, który wybraliśmy, okazał się być bardzo interesujący. Po zejściu z górki, czekała nas wędrówka wzdłuż rzeki Werribee. Zdecydowanie nie jest to trasa dla niedzielnego spacerowicza. Zaliczyliśmy między innymi, przejście po głazach, wąskie klify oraz mój ulubiony moment, czyli przejęcie po skałkach nad samym brzegiem rzeki, w trakcie którego trzeba było się trzymać łańcuchów. Niestety Michał był zbyt skupiony na tym, żeby nie zaliczyć kąpieli i zapomniał uwiecznić to na fotografii ;(.

DSCF0855

DSCF0869

DSCF0858

Rozczarowało nas, że nie spotkaliśmy żadnej koali, które podobno tam występują. Rozglądaliśmy się przez całą wycieczkę bardzo uważnie, ale te małe skubańce musiały się gdzieś pochować. Pewnie ucięły sobie drzemkę w koronie jakiegoś eukaliptusa.

 

 

Wcześniej

Trochę sztuki w Melbourne – Degas: A New Vision Exhibition

Później

Kilka słów o odległościach

1 Komentarz

  1. Marzena

    Kasia bardzo ciekawie opisujesz ,pozdrawiamy was Marzena z Piotrkiem i dziećmi .

Dodaj komentarz